Kolejne kilka godzin chodzenia po zakątkach Szczecina. Dziś dalsza część centrum i kawałek prawobrzeża.
Kawałek, bo zaczęło robić się zimno, ciemno i w ogóle nieprzyjemnie. Aczkolwiek na prawy brzeg Odry muszę wrócić jeszcze kilka razy. Jest tam parę miejsc wartych odwiedzenia.
W samym mieście nadal niespecjalnie. W godzinach szczytu ludzie wracają z pracy, ale nic poza tym właściwie się nie dzieje.
Fot.: Przemysław Stodolny









Szperając po dysku trafiłem na dość starą, aczkolwiek bardzo dla mnie ciekawą sesję zdjęciową z Maciejem.
Ciekawą dlatego, że były to moje pierwsze zmagania z średnioformatowym Kievem 80.
Aparat o tyle fajny i zarazem denerwujący, że trzeba pilnować wszystkiego. A to czy dobrze nawiną klatkę? Czy nie ponakładał ich na siebie? Czy dobrze naciągnął migawkę? Czy lustro opadło?
Dla początkującego użytkownika formatu 6×6 najbardziej dezorientujące było jednak lustrzane odbicie widziane w kominku – przynajmniej przez kilka pierwszych zdjęć.
W sesję trzeba było też zainwestować trochę kasy. Zakupić polaroida (którego mam do dziś). Kasetę do aparatu. Filmy do Kieva – na które trzeba czekać przynajmniej tydzień.
No i najważniejsze: Kaftan bezpieczeństwa (nie pytajcie skąd go wziąłem).
Przez około dwie i pół godziny powstało 12 zdjęć. Część z nich znajdziecie poniżej.
Fot.: Przemysław Stodolny
Model: Maciej Plater-Zyberk




6 godzin chodzenia po Szczecinie z aparatem uwieszonym na szyi. Za cel obrałem sobie głównie Centrum, Niebuszewo i Park Kasprowicza.
Ciepło się zrobiło, śniegu coraz mniej, więc liczyłem na tłumy w mieście.
Jakże się myliłem. Nie sądziłem, że półmilionowe miasto może być tak puste między 12 a 18. Na upartego można by powiedzieć, że ludzie siedzą w pracy, ale była to sobota!
W Parku Kasprowicza, na odcinku między urzędem a Różanką spotkałem może 10 osób.
Największe skupisko ludzi można było spotkać w okolicach galaxy. Nic nowego – Szczecin, miasto hipermarketów i galerii handlowych…
Samo miasto ciemne, szare i brudne. Kilka zdjęć poniżej.
Fot.: Przemysław Stodolny









Tak sobie przeglądałem zdjęcia na dysku i przypadkiem trafiłem na Szczecin Rock Festival.
Co prawda było to jakieś 9 miesięcy temu, ale czemu by tego nie pokazać w internetach?
Pierwszy dzień:
Nuda. Grał ktoś i na koniec dnia miał się pojawić Limp Bizkit, za którymi nieprzepadam.
Drugi dzień:
Właściwie to ten dzień sprowadzał się do przeczekania całej imprezy, żeby na koniec zobaczyć Chrisa Cornella – wokalistę Audioslave (zespół chyba już nie istnieje).
Podsumowanie imprezy:
Generalnie to organizatorzy powinni najpierw się czegoś nauczyć, a potem brać się za organizację festiwalu “rockowego”. Sądząc po dobranym repertuarze to, cytując bash.org.pl, jedyny dobry rock jaki słyszeli, to czołówka Power Rangers. O pseudodeathmetalowym zespole, w skład którego wchodzili niewyżyci emocjonalnie szesnastolatkowie nawet nie chce mi się pisać. Tak samo nie chce mi się pisać o Kaiser Chiefs, którzy to zabronili fotografować swój występ…
Jedynym udanym występem był koncert Chrisa Cornella, którego to zdjęcia możecie zobaczyć poniżej.
Fot. Przemysław Stodolny








